Językowy antytalent: fakt czy mit?

Na pewno każdy zna osobę, która po miesięcznym pobycie w innym kraju swobodnie posługuje się obcą mową. Tymczasem nam nic nie wchodzi do głowy. Kolejne kursy, karteczki poprzyklejane w całym mieszkaniu, a jednak za granicą nadal mamy problem z pytaniem o drogę. Zawsze mamy na to jedno wyjaśnienie: nie mam talentu do języków. Tylko czy to rzeczywiście wytłumaczenie, czy zwykła wymówka?

Językowy antytalent fakt czy mit

Na Uniwersytecie Bundeswehry w Hamburgu poddano badaniu metodę nauki języków SITA. Pod okiem prof. Rainera Dietericha kilkadziesiąt osób w wieku od 20 do 68 lat przeszło kurs języka francuskiego. Przez tydzień intensywnej nauki kursanci opanowali średnio po 1100 słów i wyrażeń. Co ciekawe, na wynik nie miały wpływu wiek, płeć, czy wykształcenie słuchaczy. A przecież, statystycznie w tej grupie powinny się znajdować tzw. językowe antytalenty.

Kolejne badania wykazują, że coś takiego jak antytalent językowy nie istnieje. Za brak postępów w nauce odpowiadają złe metody nauczania. Chociaż są ludzie o większych predyspozycjach językowych, to stosując odpowiedni trening, możemy zapamiętywać tak samo dobrze jak oni. Kim są utalentowani językowo? To osoby, które zapamiętując słowa, tworzą dużą liczbę połączeń neuronowych między różnymi obszarami kory mózgowej.

Nauka metodą SITA oparta jest w znacznym stopniu na zaangażowaniu obu półkul mózgowych jednocześnie. Dlaczego to takie ważne? Otóż poszczególne ośrodki kory mózgowej odpowiadają za różne funkcje. Lewa półkula mózgu pozwala nam zapamiętywać słowa, za to prawa „słyszy” melodię języka. Dopiero ich współpraca powoduje, że nie tylko mamy odpowiedni akcent, ale że w ogóle potrafimy intonować słowa. W dodatku samo „wkucie” słówek niewiele nam da, jeśli nie będziemy potrafili złożyć z nich zdań. A to właśnie prawa strona mózgu pozwala ogarnąć nam całość wypowiedzi. Ponadto łatwiej zapamiętujemy słowa, gdy kojarzą nam się z określoną melodią, kolorem albo liczbą. Im tych skojarzeń jest więcej, tym lepiej. Zatem angażując wiele ośrodków w mózgu jednocześnie, uczymy się szybciej.

Podczas nauki metodą SITA ten efekt uzyskujemy poprzez wprowadzenie się w stan relaksu. Służy do tego urządzenie wyglądające jak futurystyczne okulary z fajką pod nosem. Metoda biofeedbacku przypomina medytację buddyjskich mnichów. Od dawna stosowana jest w medycynie – prof. Jan Tylka w Instytucie Kardiologii w Aninie używał urządzeń SITA podczas rehabilitacji osób z chorobami układu krążenia, w ten sam sposób leczy się nerwice i ADHD.

SITA wykorzystuje stan relaksu do wspomagania nauki języków obcych. Tak pobudzony mózg jest w stanie pracować znacznie bardziej wydajnie niż podczas zwykłej, codziennej aktywności. Niestety, wiedza sama do głowy nie wchodzi, ucząc się metodą SITA także trzeba czytać i rozmawiać w obcym języku. Tyle tylko, że znacznie łatwiej, bo zapamiętane w stanie relaksu słowa wypływają z naszej pamięci, gdy ich potrzebujemy. W ten sam sposób, jak to się dzieje, gdy mówimy w języku ojczystym. Nie zastanawiamy się nad tym, skąd wziąć dane słowo, po prostu jest ono gdzieś w naszej głowie i tylko czeka na to, by go użyć.

Robert Dunikowski

Źródło: Praca i Nauka za Granicą nr 304 z dnia 2015-09-14

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *