Noworoczne postanowienia

Gdy kończy się stary rok, a zaczyna nowy, niemal każdy z nas podejmuje trud zmiany swojego życia na inne, lepsze. Jest to czas postanowień noworocznych. Człowiek chciałby być młodszy, piękniejszy i mądrzejszy. Czyli w skrócie chce:

– schudnąć
– zacząć uprawiać jakiś sport
– nauczyć się porządnie angielskiego

Niestety, zapału i chęci wystarcza zwykle tylko na kilka pierwszych dni. Potem powracamy do złych, starych nawyków. Chociaż nikt z nas nie zakłada, że zamiast ćwiczyć lub biegać, wieczory będziemy leniwie spędzać na diecie ciasteczkowej, na kanapie przed telewizorem, to jednak zwykle tak się to kończy. Najgorsze, że gdy minie rok i znów podejmujemy wysiłek zmiany, to lista naszych noworocznych postanowień praktycznie się nie zmienia. Chcemy być szczuplejsi, bardziej wygimnastykowani i lepiej znać angielski. I tak rok za rokiem. Niezmiennie spotyka nas porażka. Dlaczego się tak dzieje?

Dlatego, że enigmatyczne „będę ćwiczył” lub „będę się uczył” to nie jest żadne postanowienie. To ulotne marzenie, to mrzonka. Nic więc dziwnego, że przegrywa w starciu z rzeczywistością. Aby postanowienie miało szansę realizacji, musi być wymierne i konkretne. Mieć swój harmonogram, którego się trzeba trzymać. Tyle a tyle, takich i takich ćwiczeń codziennie. Albo: codziennie przerobię jedną lekcję angielskiego. Plan musi być szczegółowy i realistyczny, a cząstkowe zadania proste i możliwe do wykonania.

Jednak nawet najlepszy plan nie zadziała, jeśli zabraknie woli do jego wdrożenia i wykonania. I to jest właśnie największy problem większości ludzi. Brak silnej woli. Nauka i ćwiczenia wymagają bowiem wysiłku i ciągłych wyrzeczeń. I to w imię czego? Nauka angielskiego jako cel jest bardzo mglista i mało pociągająca. Tymczasem cel musi być równie konkretny jak plan jego osiągnięcia. Zupełnie inaczej przecież uczy się człowiek, który wie, że za miesiąc czeka go egzamin lub zagraniczny wyjazd, a inaczej ktoś, kto tylko „chce się nauczyć”.

Dlatego właśnie chcę Ci zaproponować pewną metodę. To technika pozytywnej wizualizacji, która pomaga osiągnąć cel. Ludzie w większości przypadków nie wyobrażają sobie bowiem końcowych efektów swojego działania. Nie wiedzą, jak to będzie, gdy osiągną swój cel. Dlatego też zwykle go nie osiągają. Zapytajcie tych, który próbowali rzucić palenie. Początkowo negatywne efekty były tak przeważające, że cel zupełnie znikał z oczu i znów sięgali po papierosa.

Tymczasem metoda, którą Ci zaprezentuję, polega na uruchomieniu wyobraźni. Na wyobrażeniu sobie jak to będzie, kiedy osiągniesz zaplanowany przez siebie rezultat. Taka silna wizualizacja pozwala na przytłumienie początkowych, negatywnych efektów zmiany. Ciągle będziesz jasno i klarownie widział swój cel. To pomoże Ci przetrwać do momentu, kiedy dadzą o sobie znać pierwsze pozytywne efekty podjętego wysiłku. Wtedy już będzie łatwiej. Ta metoda naprawdę działa. Okazała się skuteczna w wielu przypadkach. Nie ma więc żadnego powodu, żeby nie zadziałała u Ciebie.

Po pierwsze więc, znajdź sobie jakieś spokojne miejsce. Usiądź wygodnie i odetchnij kilka razy głęboko. Rozluźnij się. Wyobraź sobie teraz, że siedzisz w ostatnim rzędzie dużej sali kinowej. Światło jest przytłumione, panuje lekki półmrok. Twarz muska Ci przyjemny wiatr. Gdzieś najwidoczniej jest otwarte okno. Nie widać też innych ludzi. Jest Ci wygodnie. Jesteś przyjemnie zrelaksowany.

Za chwilę zaczniesz oglądać film. Jest to film z Tobą w roli głównej. Cieszy Cię to. Już nie możesz się doczekać projekcji. Jeszcze zanim się zacznie, pomyśl o sytuacji, w której czułeś się silny i pewny siebie. Gdy odczuwałeś dumę z jakiegoś dokonania. Pozwól, by znów ogarnęło Cię to uczucie. Czujesz, jak błogie poczucie mocy rozprzestrzenia się po wszystkich zakamarkach Twojego ciała? Jesteś naprawdę niezwyciężony. Patrzysz z uśmiechem na ekran. Zaraz zacznie się film.

To film o tym, czego dokonasz, kiedy już nauczysz się angielskiego. Widzisz w nim siebie, jak płynnie i bez wysiłku rozmawiasz z obcokrajowcem, który Cię pyta o drogę. Nie musisz przy tym już machać rękami jak szalony. Udzielasz precyzyjnych wskazówek, pokazujesz drogę na mapie. W podziękowaniu, z uśmiechem dostajesz od niego adres e-mailowy i obietnicę, że jeśli kiedyś będziesz w Londynie, to on chętnie Ci się zrewanżuje. A juz za chwilę jesteś w pracy i rozmawiasz po angielsku przez telefon. Wszyscy współpracownicy wytrzeszczają na Ciebie oczy w niedowierzaniu. Sam szef też docenia Twoje umiejętności. Raz i drugi zostajesz poproszony o przetłumaczenie jakiegoś dokumentu. Potem towarzysz szefowi podczas ważnych negocjacji z zagranicznymi partnerami. Pniesz się w górę. Zarabiasz coraz więcej, coraz przyjemniej spędzasz czas.

Przygody filmowego bohatera wywołują błogi uśmiech na Twojej twarzy. Czujesz euforię. Przepełnia Cię moc. Przymknij teraz oczy i jeszcze raz zacznij oglądać ten film. Postaraj się, żeby obraz był możliwie autentyczny. Wprowadź więcej szczegółów. Dodaj też dotyk i zapach. Po kilku takich projekcjach, pomyśl znów o nauce angielskiego. Czy coś się zmieniło? Czy reagujesz inaczej? Jeżeli wszystko wykonałeś poprawnie, to zamiast obaw, że sobie nie poradzisz czy zniechęcenia czekającą Cię nauką, odczuwasz radosne oczekiwanie. To takie ekscytujące. Zobacz, ile możesz osiągnąć dzięki sile swojej wyobraźni!

Małymi kroczkami

Zastanawiałeś się może kiedyś, w jaki sposób treserzy orek w wielkich akwariach nauczyli je wyskakiwania z wody i przeskakiwania ponad wysoko w górze rozpiętą liną? Jak zdołali tego dokonać? Bardzo prosto. Najpierw położyli linę na dnie basenu. Ilekroć orka nad nią przepłynęła, dostała w nagrodę małą rybkę. Wystarczył tylko jeden dzień, żeby mądre zwierzę zorientowało się, o co w tym chodzi. Drugiego dnia treserzy unieśli nieco linę ponad dnem. Następnego dnia jeszcze bardziej. W pewnym momencie orka mogła już przepłynąć zarówno nad liną, jak i pod nią. Jednak za przepłyniecie pod liną, nie dostawała rybki. Zwierzę bardzo szybko zrozumiało tę regułę. Po następnych paru dniach lina już prawie spoczywała na samej powierzchni wody. Żeby dostać swój przysmak, orka musiała więc się wysilić i wyskoczyć na moment z wody. Bardzo chętnie to robiła. Lina wędrowała coraz wyżej i po pewnym czasie orka dokonywała prawdziwie widowiskowych, wręcz ekwilibrystycznych popisów, by dostać swoją rybkę. Nigdy wcześniej z własnej woli nie zrobiłaby czegoś takiego. Nawet nie przyszłoby jej do głowy, że jest do tego zdolna.

 

Dostrzegasz analogię? Każdy z nas najpierw nauczył się chodzić, zanim zaczął biegać. I tak jest ze wszystkim. Małymi kroczkami, centymetr po centymetrze u każdego z nas można przesunąć jego nieprzekraczalną wcześniej granicę. Za każdym razem wystarczy tylko odrobina wysiłku więcej i po pewnym czasie człowiek może już wejść na Mount Everest albo przebiec maraton. Podobnie jest w każdym innym przypadku. Kiedy uczymy się nowych umiejętności, nie rzucajmy się od razu na głęboka wodę, bo porażka może nas tylko zniechęcić. Róbmy to powoli, krok za krokiem. Niech ich nauka przychodzi nam naturalnie, z radością.

 

Najważniejsze, żeby się nie zniechęcać. Tak jak Edison, który wykonał tysiące prób z ciągle przepalającymi się żarnikami, dopóki nie odkrył wreszcie odpowiedniej kompozycji nadającej się do zbudowania żarówki. Wielu szybko by odpadło. On jednak nie poddał się, mimo iż jego wysiłki przypominały uderzanie głową w mur. Zapytany po latach, jak zniósł te tysiące niepowodzeń, odparł: „Po prostu nie traktowałem ich jak niepowodzenia. To były tylko eksperymenty przybliżające mnie do właściwego rozwiązania.”

Niezłomna wiara w powodzenie plus umiejętność przełożenia dalekosiężnego celu na szereg małych, łatwych do pokonania, codziennych kroków, to prawdziwa tajemnica sukcesu. Któż nie wolałby sobie poleżeć i poczytać albo pooglądać film zamiast pracować? Jednak aby coś osiągnąć, potrzeba wysiłku. Przekraczanie granic strefy komfortu jest trudne. Dopóki tego nie zrobimy, czujemy się bezpieczni i możemy snuć przeróżne śmiałe wizje i plany. Ilekroć jednak zbliżamy się do granicy, nasz początkowy zapał zderza się z pełnym wątpliwości wewnętrznym głosem, który stara się nas wyhamować. To głos rozsądku. Jednak w wielu sytuacjach ten głos przeszkadza nam zamiast pomagać i musimy go stłumić.

 

Jak to zrobić? Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz najpierw wyobrazić sobie, że to robisz. Kiedy już w swoim umyśle przekroczysz powstrzymujące Cię dotychczas bariery, o wiele łatwiej przyjdzie Ci następnie to zrobić w rzeczywistości. Taka projekcja to zresztą coś, co często robią sportowcy. Zanim wyruszą, wpierw wyobrażają sobie każdy swój następny krok, każdy ruch. A potem tylko wykonują swój plan. Jak z tego widać, jedyne prawdziwe przeszkody, tkwią w naszych własnych umysłach. Nigdy nie będziesz wiedział na co naprawdę Cię stać, dopóki we własnej głowie nie przekroczysz granic swoich możliwości. To podstawowy warunek sukcesu.

Ruch to podstawa

Mózg dorosłego człowieka waży niecałe półtora kilograma, czyli około dwa procent masy całego ciała. Ale zużywa jedną czwartą tlenu i jedną piątą energii całego organizmu. Żaden inny organ nie zużywa aż tyle zasobów na swoje potrzeby. Stąd już starożytni wyznawali zasadę: „Ciało jest umysłem, a umysł jest ciałem”. To znaczy, że nie da się rozmawiać o jednym, w oderwaniu od drugiego. Nasze ciało ma swoje wymagania, i jeśli ich nie zaspokoimy, nie ma mowy o właściwej pracy umysłu. I vice versa. Kiedy umysł niedomaga, ciało również trapią choroby. To fantastyczny układ z niezwykle sprawnym biologicznym sprzężeniem zwrotnym.

 

Im więcej z kolei mózg ma energii i tlenu do dyspozycji, tym lepiej pracuje. Kiedy jesteśmy głodni albo przebywamy w dusznych i zadymionych pomieszczeniach, nie myśli się nam najlepiej. Już Rzymianie hołdowali zasadzie: „Solvitur albulando”, czyli rozwiązuj spacerując. Nie bez powodu. Jak zauważyli, ludzie spacerujący na świeżym powietrzu, poruszający się i głęboko oddychający, mają jaśniejsze umysły. Lepiej dostrzegają niuanse każdej sytuacji, a także szybciej odnajdują właściwe rozwiązania.

 

Starożytni Grecy mieli nawet swoją szkołę filozofów – perypatetyków. Prowadzili dyskusje przechadzając się wśród gajów oliwnych, w cieniu drzew, gdzie dochodziła ożywcza bryza znad morza. Nic dziwnego, że w takich warunkach Platon i Arystoteles stworzyli koncepcje, które przetrwały po kilkaset lat i dłużej. Kulistość Ziemi, świat składający się z atomów czy wielowymiarowość to idee, które przetrwały do dzisiaj i zostały twórczo rozwinięte przez współczesną naukę. Nie twierdzę oczywiście, że „spacerologia” jest panaceum na wszystko. Ale dotlenienie mózgu na pewno polepsza jego pracę.

 

Przybywa też coraz więcej dowodów na to, że uczenie się „całym sobą”, z wykorzystaniem wszystkich możliwości ciała i umysłu jest o wiele bardziej efektywne, niż uczenie się poprzez samo tylko patrzenie czy słuchanie. Właściwie dobrana aktywność ruchowa podczas przyswajania wiedzy przynosi o wiele lepsze efekty niż bierne słuchanie, ślęczenie nad podręcznikiem czy siedzenie przed ekranem komputera. Tym bardziej, że przeszło jedna trzecia ludzi to kinestetycy, dla których dotykanie, eksperymentowanie i działanie to najskuteczniejsza metoda nauki.

 

Popatrzmy na dzieci, które są mistrzami uczenia się. One najchętniej uczą się w ruchu, całym ciałem. Chłoną wiedzę wszystkimi zmysłami. To sprawdza się tak samo również w świecie dorosłych. Ruch fizyczny usprawnia działanie umysłu. Część mózgu odpowiedzialna za ruchy motoryczne naszego ciała (tzw. motor cortex) sąsiaduje bezpośrednio z częścią wykorzystywaną w procesach zapamiętywania. Jakość zapamiętywania wyraźnie spada, kiedy musimy siedzieć w ciszy i bezruchu. Sam ruch jednak automatycznie nie poprawia wyników uczenia się. Dopiero wzbogacenie wysiłku intelektualnego o uruchomienie wszystkich zmysłów wywiera odpowiedni efekt.

 

Połączenie aktywności fizycznej z zaangażowaniem możliwie wszystkich zmysłów polepsza jakość procesu uczenia się. Aktywność ruchowa powoduje aktywizację mózgu na wszystkich trzech poziomach: myślenia, czucia i działania. Ćwiczenia zwiększają też dopływ tlenu do mózgu. A tlen wraz z glukozą to paliwo dla szarych komórek. Proste ćwiczenia stymulują błyskawiczną komunikację pomiędzy półkulami mózgowymi. Pomagają się odprężyć i rozluźnić, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.

 

Aby więc dobrze myśleć, po pierwsze trzeba porządnie dotlenić mózg, czyli ruszać się, najlepiej na świeżym powietrzu. Po drugie, używać podczas nauki możliwie wielu zmysłów. Nie tylko słuchać, ale również głośno powtarzać, notować, gestykulować, rysować, pokazywać, sprzeczać się i eksperymentować. Takie uczenie się to przyszłość. W odróżnieniu od biernego siedzenia i walki z sennością podczas nudnego wykładu.